|
|
|
|
|
|
|
![]() Świadectwo Asi
Moje Nowe Życie? A właściwie JEGO Nowe Życie dla mnie i we mnie! Mam na imię Asia i chciałabym wam powiedzieć jak dostałam Nowe Życie :)
Trzeba by się cofnąć do 2004, byłam sobie w Irlandii, tam mieszkałam, studiowałam, pracowałam, tam też poznałam niejakiego Christiana. Spodobał mi się, a potem, potem to jak sobie teraz myślę, było mi go po prostu szkoda… Miał fatalną historię życiową, był w depresji, jego mama była chora na raka, zakochał się we mnie bez pamięci, a mi… litość mi się chyba pomyliła z miłością. Ale na tamten czas wszystko było okay, żyłam sobie, studiowałam, weekendy spędzaliśmy razem: kino, znajomi, spacery, muzyka, sporo alkoholu. W tamtym czasie chodziłam do kościoła, ale nie wiem, czy wierzyłam w Boga. Raczej się Go po prostu bałam. Mój chłopak był bardzo zazdrosny, bardzo zaborczy i bardzo stanowczy. I wszystko toczyło się spokojnie, ot po prostu, bez większych problemów. Aż do pewnego dnia, kiedy uświadomiłam sobie, że mogę być z nim w ciąży. Pomyślałam wtedy: kurcze, mam pracę, studia, to nie problem, jest facet, czym tu się martwić? Ślub czy nie ślub, bez znaczenia w sumie, nie tak miało w życiu być, ale tak też będzie pięknie.
Oczywiście powiedziałam mu o swoich podejrzeniach, komentarz był jeden: usuniesz ciążę. Odpowiedź była jeszcze krótsza: NIE!
Christian po prostu się wściekł, a ja nigdy w życiu tak się nie bałam drugiego człowieka i o drugiego człowieka jak tamtej nocy. Uciekłam z jego mieszkania zanim zdążył zrobić mi krzywdę, tak jak stałam, trzaskając za sobą drzwiami.
Po kilku dniach, okazało się, że nie jestem w ciąży, ale nigdzie nie mogłam znaleźć sobie miejsca, na niczym nie mogłam się skupić, czułam się samotna, niekochana, odrzucona i oszukana. Na szczęście rodzina, w której pracowałam, przeprowadzała się i było masę roboty, co było mi bardzo na rękę. Wszystko, żeby nie myśleć, o tym co się stało, chociaż myśli przychodziły same, nie pytając mnie o zgodę.
Nadszedł sierpień i moje wakacje. Moi irlandzcy gospodarze kupili mi jako prezent bilet do Paryża, dali kieszonkowe i odwieźli na lotnisko. Wylądowałam w Paryżu, zostawiłam manatki w schronisku i poszłam na spacer i… doszłam do Notre Dame. Jak tu nie wejść do Notre Dame? To był 15 sierpnia, trwało nabożeństwo, czytany był Magnificat w wielu językach. A ja miałam jedną myśl: co ty zrobiłaś ze swoim życiem???? W kościele pokazywano zdjęcia Jana Pawła II, który był wtedy w Lourdes… poczułam że ja muszę tam jechać. Nie wiedziałam po co, ani dlaczego, wiedziałam, że muszę.
Po dziwnej podróży samochodem, z dwoma Murzynami, gdzie bałam się tak bardzo, ze zasnęłam ze strachu, dojechałam, zostawiłam rzeczy w schronisku i poszłam do groty. Poczułam że muszę iść do spowiedzi, czułam się jak dziecko które mocno narozrabiało i ma już dość czekania, aż Tata w końcu da mu w tyłek, bo samo czekanie na karę jest nie do zniesienia. Ja nie chciałam się pojednać z Bogiem, chciałam, aby ukarał mnie za to wszystko, co się stało, licząc, że jak już mnie ukarze, coś się w końcu zmieni.
Poszłam poszukać księdza, ale zastałam kartkę: w dniu dzisiejszym spowiedzi w języku polskim nie będzie. Nagle otworzyły się drzwi z napisem: Italiano i jakiś braciszek pomachał do mnie i zawołał po polsku: chodź!!! Okazało się, że to był polski franciszkanin, który mieszkał we Włoszech, a w trakcie wakacji pracował w Lourdes. Weszłam, usiadłam, a on spytał: co u Jezusa??! Odpowiedziałam: nie wiem, nie rozmawiam z Nim, nie znam Go... Mój spowiednik spytał: to po co tu przyszłaś?
Wtedy mogłam się tylko rozpłakać. I mówić, że jestem zła, okropna, grzeszna, co zrobiłam, a czego nie, jak bardzo sama siebie nie kocham i nie akceptuję tego, co robię. A on tak słuchał, słuchał, słuchał, a potem powiedział: wiesz co? Pan Bóg kocha Cię właśnie taką jaką jesteś…
To był pierwszy raz w moim życiu, kiedy ktoś mi to powiedział, poczułam się naprawdę kochana, dobra, ważna. Wiedziałam, że nie mam nikogo, i wiedziałam jaka jestem, a ON MNIE KOCHAŁ! Kochał tak po prostu!
Ten ksiądz zostawił mi jeszcze jedno bardzo ważne pytanie, pytanie o moje powołanie. Spędziłam tam piękne dni, które stały się początkiem do mojego Nowego Życia. Wróciłam do Polski, i to nie jest bajka, żebym powiedziała, że nagle wszystko stało się cudowne, proste i kolorowe. Po tym moim ostatnim związku panicznie bałam się mężczyzn, bałam się wejść w jakąkolwiek relację, bałam się, że ktoś mógłby mnie przytulić. Pan Bóg, najlepszy z lekarzy, uzdrawiał mnie stopniowo, powoli.
Kiedy Papież Benedykt XVI przyjechał do Polski, wybrałam się do Krakowa na spotkanie z młodzieżą. Papież mówił wtedy o budowaniu domu na skale jaką jest Chrystus. Dopiero wtedy zrozumiałam, dlaczego z Christianem nam nie wyszło - nie było w tym Jezusa, nie było dla Niego miejsca w naszej relacji. Znów płakałam, ale tym razem ze szczęścia.
Ten czas, czas mojego uzdrawiania, trwał długo, było to okres poznawania ludzi, pięknych przyjaźni i długich rozmów. Tak naprawdę dopiero w ubiegłym roku na pasterce uświadomiłam sobie, że dopiero teraz jestem w stanie pokochać i że chcę pokochać, że się nie boję i że wiem, kto ma być pierwszy w związku. Nie ja ani nie chłopak – ale Jezus Chrystus. Uświadomiłam sobie po co w ogóle być z kimś - dla większej Jego chwały, nie z żadnego innego powodu. Dawać siebie bezinteresownie, czekać, przełamywać siebie, swój egoizm, wiedzieć, kiedy odejść bez słowa i kiedy równie cicho i z miłością powrócić, czasem po prostu być… Tak, wiem - to strasznie trudne. Ale ja spokojnie noszę wodę - jak słudzy na weselu w Kanie Galilejskiej. Mój wysiłek jest potrzebny, aby Jezus mógł uczynić cud. Wierzę, że to możliwe, bo cuda się dzieją, jednym z nich jest to, że Bóg dał mi Nowe Życie, zaufał mi, kocha mnie i wierzy we mnie. Za ten wielki cud, Chwała Panu!
„Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie.” Ga 2,20
|
|
|
|